Zanikanie granic ekonomicznych na świecie

Sioux City, Iowa, 22 lutego 1999 r.

Szanowni Państwo,

Nasz świat się kurczy. Rządzą nim trzy zasadnicze wolności. Wolność krążenia informacji, kapitału i ludzi. Przyjrzyjmy się informacji. Telewizja satelitarna pozwala - w czasie rzeczywistym - obserwować wydarzenia z drugiego końca świata. To doprawdy uczyniło z naszej planety „globalną wioskę". Przyczyniła się do tego też telefonia komórkowa, dzięki której z każdego miejsca można łączyć się przez satelitę z każdym innym.
Nie mówiąc już o Intemecie, w sieci którego - nie ruszając się z mego gdańskiego domu - mogę przeglądać zasoby Biblioteki Kongresu lub oglądać arcydzieła paryskiego Luwru. Informacja nie zna granic i ich nie potrzebuje.
Podobnie granic nie zna ekologia. Katastrofa czarnobylska nauczyła nas, że zagrożenia nie pytają o wizy i nie oglądają się na graniczne szlabany. Ale nie tylko to - amerykańskie huragany kształtują pogodę, od której
zależy polskie rolnictwo. Kiedy indonezyjskie lasy płoną - martwią się ludzie na Malajach. Wszyscy wiemy, że gdzieś w dalekim oceanie El Nino wpływa na pogodę tutaj. Stajemy się strukturą - takim układem, gdzie zmiana jednego elementu pociąga za sobą zmiany wszystkich innych. Musimy wiedzieć, że nie jesteśmy samotni - nie możemy więc być samolubni.
Granice przestały istnieć także dla ekonomii. Warszawa reaguje na zmiany na tokijskiej giełdzie. „Azjatyckie tygrysy" uważają, że kondycja ich gospodarki jest wynikiem działania brytyjskiego bankiera (węgierskiego
pochodzenia). Wielkie koncerny straciły swój narodowy charakter: zarząd ma siedzibę w jednym państwie, akcjonariusze mieszkają w innych, zakłady przemysłowe są jeszcze gdzie indziej, odbiorcy jeszcze gdzie indziej. Poprzez światłowody przepompowywane są z jednego końca świata na drugi miliardy w elektronicznym pieniądzu. Miliardy, które poza komputerem nie mają innego bytowania.
Wszystko to stawia przed nami wymóg globalizmu. Dają sobie z nim radę informatycy, ekologowie czy ekonomiści. Gorzej jest z politykami.
Powinności i odpowiedzialność polityków jest również globalna. Natomiast elektorat jest lokalny. Polityk zaś jest mocno zależny od swego elektoratu, musi mu schlebiać, dbać o jego partykularne interesy. Od niego przecież zależy reelekcja. Politycy więc patrzą nie dalej niż ich kadencja (w wymiarze czasu) i nie dalej niż ich okręg wyborczy (w wymiarze geografii). A powinni widzieć w horyzoncie - co najmniej - dekady i globalnie.
Wydaje się, że to napięcie między globalizmem wyzwań a prowincjonalizmem odniesień jest największym zagrożeniem naszego czasu. Tak jak w każdej zbiorowości, kiedy egoizm weźmie górę nad obowiązkami wynikającymi ze zbiorowego współżycia. Musimy mieć świadomość odpowiedzialności. Odpowiedzialności za nasz kontynent, za naszą ziemię - planetę ludzi. Egoizm, w tym wypadku, będzie nosił nazwę bądź głupoty, bądź ślepoty politycznej.
Natomiast gorzej jest z krążeniem ludzi. Runął mur w Berlinie, rozminowano pasy śmierci miedzy jednymi a drugimi Niemcami, w przeszłość odeszła „żelazna kurtyna", a jednak powstaje mur na waszej południowej granicy nad Rio Grandę. I w mojej ojczyźnie uszczelnia się wschodnią granicę - przyszłą rubież Unii Europejskiej, a obecną NATO. Miedzy bogatą Północą a biednym Południem leży Morze Śródziemne - nie trzeba budować murów, ale problemów to nie likwiduje.
Trzeba wiedzieć i rozumieć, że ludzie zachowuj ą się jak zbiorniki z wodą. Jak nie ma różnicy poziomów, to nic się nie dzieje. Jak różnica poziomów jest duża to mamy wodospad Niagara, nieokiełznaną siłę żywiołu.
Mówiąc o poziomach, mam tu oczywiście na myśli poziom gospodarczy, poziom cywilizacyjny i poziom życia. Wszystkie je trzeba wyrównać, bo wznoszenie przegród na nic się nie zda. Przy takiej sile żywiołu przegroda może tylko odwlec katastrofę, ale też ją spotęguje.
To drugie wielkie wyzwanie nadchodzącego stulecia - wyrównać poziomy. To jest nie tylko nasz obowiązek moralny. Dla mnie, osoby wierzącej, której Pismo każe: złaknionego nakarmić, spragnionego napoić, bezdomnego pod dach przyjąć, to nie tylko obowiązki nakładane przez moją religię. To - dla nas wszystkich - obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa.
Pytanie jest: jak to zrobić? Wydaje się, że możliwe są tu dwie drogi.
Pierwsza - otworzyć granice, puścić wszystko „na żywioł", zamknąć oczy i zaczekać aż wolny rynek wszystko wyrówna. To rozwiązanie ekstremalne. Druga droga - to politycznie wyznaczyć kilka „śluz" i regulować przepływ aż do momentu, gdy wszystko się wyrówna. Myślę, ze ta druga droga jej bardziej przewidywalna, bezpieczniejsza i bardziej wskazana. Powinniśmy pójść właśnie nią.
Konkludując: w XXI stuleciu przewiduję „globalizację" świata, która znajdzie swój wymiar we wspólnym pieniądzu - połączenie się euro z dolarem da nam „globo". Będziemy żyć pod rządami jednego prawa, z jednakowym dostępem do informacji. Wszelkie granice będą zanikać. W taki świat wejdziemy w następne milenium. „Nowy wspaniały świat" nie będzie utopią, będzie rzeczywistością.