|
Co pozostało suche
po wielkiej powodzi? Pozostała solidarność - niestety,
przez małe "s". Mam tu na myśli uczucie
łączące ludzi w chwilach trudnym, karzące im zdobywać
się na cywilny heroizm i codzienne poświęcenie.
Taka jest polska cecha narodowa, że w obliczu
zagrożenia stać nas na heroizm. Ludzie stają się
wtedy piękni tak, jak byli w Sierpniu 1980 roku.
Szkoda, że nie wszyscy. Solidarność przez duże
"S" nie popisała się nadmiernie. Choć
na tle poczynań Rządu wszyscy wypadają wspaniale.
To tło stanowi taką czarną plamę zaniedbań, przewin
i błędów, że wszyscy odcinają się od niej jasną
barwą.
Premier Rządu, który
przyznaje w Parlamencie, że gdyby wysadzono na
czas wały we wsi Łany, to - prawdopodobnie - Wrocław
nie byłby zalany. Wielki Boże, państwo, które
nie potrafi wysadzić kilku metrów ziemi (bombardowano
ten wał - kiedy już usunięto z niego ludność -
z helikopterów) pragnie wstąpić do najnowocześniejszego
sojuszu wojskowego. Dobry Boże, szef Gabinetu,
który doprowadził do częściowego zniszczenia siedmiuset
tysięcznego miasta nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności.
Cisną się na usta pytania, jak duże miasto trzeba
zalać, aby przestać być premierem. Mamy tylko
kilka większych - chyba, że zaczniemy pracować
na eksport.
Rząd jest potrzebny
nie wtedy, gdy wszystko idzie dobrze - sprawdza
się wtedy gdy coś szwankuje. Teraz dał nam pokaz
braku kompetencji. Minister Spraw Wewnętrznych
od dziennikarzy dowiaduje się, że ma przeszkolonych
fachowców od powodzi. Ministerstwo Obrony pokazuje
jak bezbronna jest obrona cywilna. Minister Zdrowia
udziela cennych porad, że w walce z epidemiami
najważniejsza jest higiena osobista, co ludzie,
którzy nie mają wody nawet do picia przyjęli zapewne
z widoczną ulgą. Premier daje popis arogancji
twierdząc, że przezorny zawsze ubezpieczony. Dlaczego
to wszystko? Dlatego, że rząd jest zawsze ubezpieczony
- on się sam wyżywi, sam się wysuszy. Będzie trwał
dopóty dopóki trwa układ polityczny, który za
nim stoi. Ta koalicja ma zdecydowaną, "konstytucyjną"
większość w Parlamencie. Rząd ma ogromne uprawnienia
i nie ponosi, praktycznie, żadnej odpowiedzialności.
Taka jest logika systemu parlamentarno-gabinetowego.
Zawsze byłem jego przeciwnikiem. Uważam, że on
- ten system - wyszedł z powodzi najbardziej "umoczony".
Tym to smutniejsze,
że właśnie została podpisana Konstytucja, która
sankcjonuje ten system na najbliższe lata. Jako
zwolennik systemu prezydenckiego głosowałem przeciw
w referendum. Inni zagłosowali nogami - nie poszli.
Otrzymaliśmy za to propozycję Ustawy Zasadniczej
przegadanej, a z ponad czterdziestoma artykułami
"pustymi", które odnoszą do nieistniejących
jeszcze przepisów. Natomiast przepisy o stanie
wyjątkowym pochodzą z 1983 roku. Rozgorzała dyskusja,
czy wprowadzać stan wyjątkowy, czy tez nie. Stan
wyjątkowy wprowadza się - jak nas poucza nazewnictwo
- w sytuacjach wyjątkowych. Na następną taką sytuację
wyjątkową przyjdzie nam czekać następne pięćset
lat. Mieliśmy już stan wojenny bez wojny - teraz
mamy sytuację wyjątkowa bez stanu wyjątkowego.
Natomiast silnym elementem
humorystycznym była troska SLD o możliwości ograniczenia
swobód obywatelskich przy okazji wprowadzenia
ustawodawstwa specjalnego. Obostrzenia skierowane
przeciw wolnościom obywatelskim można wprowadzać
w takim wypadku, ale nie trzeba. Nie trzeba -
bowiem na zalanych wodą terenach nie można. Już
widzę oczyma duszy te działania cenzury (nie istniejącej
przecież) czy przeszukania przez płetwonurków
w zalanych domach. Koksowniki pod wodą też nie
palą się najlepiej. To była ucieczka przed odpowiedzialnością
- tylko gdzie Rząd przed tą odpowiedzialnością
ucieknie. Chyba tylko pod tę wodę, która pocieknie
ze środków masowego przekazu i rządowych wystąpień.
Niepokój budzi też
pomoc dla powodzian. Mamy niezwykle ofiarne społeczeństwo,
ludzi wrażliwych na nieszczęście bliźniego i skorych
do pomocy - ludzi solidarnych. Ale pozostaje pytanie;
kto tę pomoc ma koordynować, kto rozprowadzać,
kto dzielić. Jeżeli będzie to robił rząd, to -
taka jest moja obawa - zrobi to równie efektywnie,
jak walczył z powodzią. Walka o redukcję polskiego
zadłużenia nauczyła mnie, że nie ma tak wielkich
pieniędzy, których centralna biurokracja nie potrafiła
by zmarnować. Rząd prześciga się teraz w obietnicach
jak będzie likwidował skutki powodzi. Może dlatego
SLD boi się przełożonych wyborów, że będzie można
ich - jeszcze dodatkowo - z tych obietnic rozliczyć.
A tak niech się martwi przyszły Rząd, następny
Sejm. A oni teraz, jak się mówiło, u mnie, w Popowie
- końce w wodę.
|