Archiwum

Felieton Lecha Wałęsy
"Lustracja czy gabinet luster"

Skocz do:

 

Przypadek oskarżenia premiera Jana Tomaszewskiego otworzył znowu "puszkę z Pandorą", przywołał sprawę lustracji. Pokazał, jak człowiek jest bezbronny wobec pomówień. Niesławnej pamięci Goebbels zwykł mawiać: kłamcie, kłamcie, a może coś z tego zostanie. Oczerniony nie ma żadnej możliwości oczyszczenia się z podejrzeń. Minister-koordynator przechadza się milczący i powiada, że nie może dzielić się wiedzą, którą posiada. Sytuacja jak ze starej ruskiej anegdoty, że na granicy złapano zajączka. Jako powód przekroczenia granicy podał, że podobno kastrują wielbłądy. Kiedy mu zwrócono uwagę, że to go nie dotyczy chytry zajczyk powiedział, że oni najpierw kastrują, a patom dokazuj czto ty nie wielbłud. Trzeba mieć środki do obrony przed oskarżeniem. Dlatego myślę, że wedle reguły: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przypadek ten będzie miał doniosłe skutki. Przyspieszy mianowicie powstanie Sądu Lustracyjnego, który zbada prawdziwość oświadczeń parlamentarnych i urzędniczych.

Lustracja powinna się była dokonać już dawno. Ja proponowałem, żeby przeprowadzić ją w trzech głównych segmentach:

  1. Po pierwsze trzeba rozliczyć decydentów politycznych. Oni o tym wszystkim decydowali pełniąc, jak to się w języku prawniczym nazywa "sprawstwo kierownicze".
  2. Po drugie zaś kadrowych pracowników, którzy werbowali, prowadzili i zadaniowali agentów. Powiada pismo, że ważniejsza niż miecz jest ręka, która go dzierży.
  3. Wreszcie tych nieszczęśników, którzy zostali zwerbowani. Nie jest przecież wszystko jedno z jakich powodów. Czasem zaważył na tym szantaż, czasem pieniądze, czasem - po prostu - parszywy charakter.
Była szansa dokonania tego przez pierwszy "niekontraktowy" Parlament. Szansa ta została zmarnowana, o co mam wielkie pretensje do rządu Jana Olszewskiego. Właśnie mija sześć lat od tych wydarzeń więc może pora je przypomnieć, tym bardziej, że narosło wokół nich wiele nieporozumień. Niech ten fakt stanie się podstawą do politycznej i historycznej refleksji, nie tylko kanwą do piosenek disco-polo.

W dniu 29 maja 1992 roku na ręce Marszałka Sejmu wpłynął następujący wniosek: Na zasadzie art. 37 ust. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, a także na zasadzie art. 29 ust. 1 oraz art. 32 ust. 2 TRS, my, niżej podpisani posłowie na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wnosimy o odwołanie Premiera RP Pana Jana Olszewskiego wraz z całym składem Rady Ministrów . Pod pismem widniało wiele poselskich podpisów od Eugeniusza Aleksandrowicza po Stanislawa Żurowskiego. Zacytujmy uzasadnienie wniosku: Brak woli harmonijnej współpracy Rządu z Parlamentem oraz Prezydentem przyniósł skutek w postaci narastania konfliktu na najwyższych szczeblach Państwa. Prowadzi to do zaostrzenia kryzysu, który degraduje Polskę w wymiarze wewnętrznym i międzynarodowym.

Niesprawność Rady Ministrów, wewnętrzne w niej konflikty, a także dymisja dwóch kolejnych ministrów finansów doprowadziły do paraliżu w funkcjonowaniu aparatu wykonawczego państwa, niezdolności wykonania budżetu państwa, zahamowania reformy państwowej i samorządowej. Ten rząd był już właściwie odwołany - czekał tylko na wykonanie wyroku. Wiedząc, że nie może liczyć na obronę polityczną swego istnienia postanowił bronić go w inny sposób. Tonący brzydko się chwyta. Pan Korwin-Mikke zgłasza wniosek o lustrację.

W dniu 4 czerwca 1992 roku (dniu, w którym miał być głosowany poselski projekt odwołujący rząd) minister Antoni Macierewicz - w obstawie zbrojnych by zwiększyć psychologiczny efekt - przywiózł na Wiejską tak zwane "zasoby archiwalne MSW", zwane później "listami Macierewicza". Widząc co się dzieje zgłosiłem wniosek o natychmiastowe odwołanie rządu. Zgłosiłem zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wniosek o odwołanie rządu był w porządku obrad i miał być głosowany. Mój jednak (dzięki słowu: natychmiast) był dalej idący i był głosowany jako pierwszy. W wyniku głosowania upadł rząd premiera Jana Olszewskiego, a wraz z nim, na sześć lat, idea lustracji. Była ona bowiem dokonana nieporządnie (jednych pominięto, innych pomylono), zbyt pospiesznie i użyta w złej sprawie. Jeżeli dochodzenie do prawdy traktuje się instrumentalnie, to zawsze są takie skutki. Profitentami tej nieudanej lustracji byli postkomuniści, którzy po roku wygrali wybory. Można powiedzieć, że była to matka chrzestna ich zwycięstwa.

Powiada się, że po sprawie Philby-ego i jego towarzyszy wywiad brytyjski znalazł się w "gabinecie luster", gdzie jedno lustro odbija się w drugi i tak bez końca. Tworzy się wtedy nieskończoność odbić i wzajemnych powtórzeń. Tak określa się atmosferę wzajemnych podejrzeń bez możliwości ich wyeliminowania. Sprawa premiera Janusza Tomaszewskiego pokazała, że jesteśmy właśnie w takim "gabinecie luster", gdzie wygrywa się te sprawy dla personalnych korzyści. Mam nadzieję, że nasza lustracja nie wpędzi nas do "gabinetu luster". Tym bardziej, że te słowa mają jeszcze jedno znaczenie. Tak na jarmarkach określa się salę z deformującymi zwierciadłami. Można się z tego śmiać, ale ładnie się tam nie wygląda.