|
Przypadek oskarżenia
premiera Jana Tomaszewskiego otworzył znowu "puszkę
z Pandorą", przywołał sprawę lustracji. Pokazał,
jak człowiek jest bezbronny wobec pomówień. Niesławnej
pamięci Goebbels zwykł mawiać: kłamcie, kłamcie,
a może coś z tego zostanie. Oczerniony nie ma
żadnej możliwości oczyszczenia się z podejrzeń.
Minister-koordynator przechadza się milczący i
powiada, że nie może dzielić się wiedzą, którą
posiada. Sytuacja jak ze starej ruskiej anegdoty,
że na granicy złapano zajączka. Jako powód przekroczenia
granicy podał, że podobno kastrują wielbłądy.
Kiedy mu zwrócono uwagę, że to go nie dotyczy
chytry zajczyk powiedział, że oni najpierw kastrują,
a patom dokazuj czto ty nie wielbłud. Trzeba mieć
środki do obrony przed oskarżeniem. Dlatego myślę,
że wedle reguły: nie ma tego złego, co by na dobre
nie wyszło, przypadek ten będzie miał doniosłe
skutki. Przyspieszy mianowicie powstanie Sądu
Lustracyjnego, który zbada prawdziwość oświadczeń
parlamentarnych i urzędniczych.
Lustracja powinna się
była dokonać już dawno. Ja proponowałem, żeby
przeprowadzić ją w trzech głównych segmentach:
- Po pierwsze trzeba rozliczyć
decydentów politycznych. Oni o tym wszystkim
decydowali pełniąc, jak to się w języku prawniczym
nazywa "sprawstwo kierownicze".
- Po drugie zaś kadrowych pracowników,
którzy werbowali, prowadzili i zadaniowali
agentów. Powiada pismo, że ważniejsza niż
miecz jest ręka, która go dzierży.
- Wreszcie tych nieszczęśników,
którzy zostali zwerbowani. Nie jest przecież
wszystko jedno z jakich powodów. Czasem zaważył
na tym szantaż, czasem pieniądze, czasem -
po prostu - parszywy charakter.
Była szansa dokonania tego przez
pierwszy "niekontraktowy" Parlament.
Szansa ta została zmarnowana, o co mam wielkie
pretensje do rządu Jana Olszewskiego. Właśnie
mija sześć lat od tych wydarzeń więc może pora
je przypomnieć, tym bardziej, że narosło wokół
nich wiele nieporozumień. Niech ten fakt stanie
się podstawą do politycznej i historycznej refleksji,
nie tylko kanwą do piosenek disco-polo.
W dniu 29 maja 1992 roku
na ręce Marszałka Sejmu wpłynął następujący wniosek:
Na zasadzie art. 37 ust. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej
Polskiej, a także na zasadzie art. 29 ust. 1 oraz
art. 32 ust. 2 TRS, my, niżej podpisani posłowie
na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wnosimy o odwołanie
Premiera RP Pana Jana Olszewskiego wraz z całym
składem Rady Ministrów . Pod pismem widniało wiele
poselskich podpisów od Eugeniusza Aleksandrowicza
po Stanislawa Żurowskiego. Zacytujmy uzasadnienie
wniosku: Brak woli harmonijnej współpracy Rządu
z Parlamentem oraz Prezydentem przyniósł skutek
w postaci narastania konfliktu na najwyższych
szczeblach Państwa. Prowadzi to do zaostrzenia
kryzysu, który degraduje Polskę w wymiarze wewnętrznym
i międzynarodowym.
Niesprawność Rady Ministrów,
wewnętrzne w niej konflikty, a także dymisja dwóch
kolejnych ministrów finansów doprowadziły do paraliżu
w funkcjonowaniu aparatu wykonawczego państwa,
niezdolności wykonania budżetu państwa, zahamowania
reformy państwowej i samorządowej. Ten rząd był
już właściwie odwołany - czekał tylko na wykonanie
wyroku. Wiedząc, że nie może liczyć na obronę
polityczną swego istnienia postanowił bronić go
w inny sposób. Tonący brzydko się chwyta. Pan
Korwin-Mikke zgłasza wniosek o lustrację.
W dniu 4 czerwca 1992
roku (dniu, w którym miał być głosowany poselski
projekt odwołujący rząd) minister Antoni Macierewicz
- w obstawie zbrojnych by zwiększyć psychologiczny
efekt - przywiózł na Wiejską tak zwane "zasoby
archiwalne MSW", zwane później "listami
Macierewicza". Widząc co się dzieje zgłosiłem
wniosek o natychmiastowe odwołanie rządu. Zgłosiłem
zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wniosek o odwołanie
rządu był w porządku obrad i miał być głosowany.
Mój jednak (dzięki słowu: natychmiast) był dalej
idący i był głosowany jako pierwszy. W wyniku
głosowania upadł rząd premiera Jana Olszewskiego,
a wraz z nim, na sześć lat, idea lustracji. Była
ona bowiem dokonana nieporządnie (jednych pominięto,
innych pomylono), zbyt pospiesznie i użyta w złej
sprawie. Jeżeli dochodzenie do prawdy traktuje
się instrumentalnie, to zawsze są takie skutki.
Profitentami tej nieudanej lustracji byli postkomuniści,
którzy po roku wygrali wybory. Można powiedzieć,
że była to matka chrzestna ich zwycięstwa.
Powiada się, że po sprawie
Philby-ego i jego towarzyszy wywiad brytyjski
znalazł się w "gabinecie luster", gdzie
jedno lustro odbija się w drugi i tak bez końca.
Tworzy się wtedy nieskończoność odbić i wzajemnych
powtórzeń. Tak określa się atmosferę wzajemnych
podejrzeń bez możliwości ich wyeliminowania. Sprawa
premiera Janusza Tomaszewskiego pokazała, że jesteśmy
właśnie w takim "gabinecie luster",
gdzie wygrywa się te sprawy dla personalnych korzyści.
Mam nadzieję, że nasza lustracja nie wpędzi nas
do "gabinetu luster". Tym bardziej,
że te słowa mają jeszcze jedno znaczenie. Tak
na jarmarkach określa się salę z deformującymi
zwierciadłami. Można się z tego śmiać, ale ładnie
się tam nie wygląda.
|