Archiwum

Felieton Lecha Wałęsy
"Nasz prezydent czy premier"

Skocz do:

 

Obchodziłem imieniny. Trochę to wątpliwa uroczystość, bo przecież świętego Lecha nie było. Patron jednak jest w kalendarzu, a u mnie na Polankach było przyjęcie. Następnego dnia w gazecie "Życie" czytam, że zamierzam kandydować na urząd prezydencki. To jakieś nieporozumienie. Wyjaśnię je może bliżej.

Pod rządami poprzedniej, tak zwanej "Małej Konstytucji" czułem, że to zbyt ciasny dla mnie garniturek. Rozpychałem się więc w moich kompetencjach dość skutecznie. Działałem na granicy prawa (nie przekraczając jej jednak). Ale dzięki temu, że działałem w ramach, jakie zakreśliło wokół mnie prawo nie mogłem zrealizować wielu swoich obietnic wyborczych.

Wszyscy pamiętają mi obietnice "puszczania w skarpetkach". Jednak kompetencje do tego społecznie koniecznego działania nie leżały w gestii Urzędu Prezydenckiego, ale w gestii Ministra Sprawiedliwości, który jest jednocześnie (z urzędu) Prokuratorem Generalnym RP. Do niego należy ściganie wszelkich przestępstw: i tych korupcyjnych, i tych, które dokonał dawny system. Byłem bezradny - żaden minister bowiem nie jest zainteresowany w wypełnianiu obietnic prezydenta. Ten niech się sam martwi. Podobnie było z hasłami powszechnej i sprawiedliwej prywatyzacji, zwanej inaczej "100 milionów (a potem 300) dla każdego". Jaki Minister finansów pójdzie na realizację cudzych pomysłów, kiedy mu własnych nie brakuje.

Pozycja Prezydenta w polskim systemie prawnym osłabiła się jeszcze po 1993 roku gdy w Parlamencie zwyciężyła opcja lewicowa. Prezydent mógł działać tylko mocą swego autorytetu. Przypomnę, że rząd premiera Waldemara Pawlaka upadł od samego krzyku. Ale zawarowane prawnie uprawnienia Urzędu były znikome. A jeszcze się zmniejszyły.

Chichotem historii było to, że nowa konstytucja była pisana przeciw konkretnemu człowiekowi, to znaczy mnie. W historii naszego kraju były już takie precedensy pisania konstytucji przeciw jakiemuś politykowi. Konstytucja z 1921 pisana była przeciw Józefowi Piłsudskiemu ograniczając maksymalnie kompetencje Urzędu Prezydenckiego. Dziś paradoks historyczny polega na tym, że ten, który stal na czele Komisji Konstytucyjnej i odpowiadał, za kształt Ustawy Zasadniczej teraz musi pełnić okrojony jej postanowieniami urząd. Prezydentowi - jeżeli zostawimy na boku funkcje reprezentacyjne - nie pozostał żaden konkretny instrument sprawowania władzy prócz weta.

Ja takim malowanym prezydentem być nie zamierzam. Więcej, postuluję w ogóle rezygnację z tego urzędu. Jego kompetencje należy rozdzielić miedzy Premiera i Marszałka Sejmu. Zyska na tym zarówno podatnik jak i logika systemu sprawowania władzy. Musimy się zdecydować czy wybieramy system prezydencki czy też parlamentarno-gabinetowy. Wybrać - to znaczy z czegoś zrezygnować.

Jestem zwolennikiem systemu parlamentarno-gabinetowego jako najbardziej pasującego dla dojrzałych demokracji. Niemniej dla nas, na czas ustrojowej transformacji uważam, że użyteczniejszy jest system prezydencki, typu amerykańskiego. Stajemy przed koniecznością szybkich zmian prawa, podejmowania odważnych, męskich, ale nie zawsze popularnych decyzji. Luki w prawie wykorzystywane są przez różnych aferzystów, którzy nie będą czekać na wysiłek legislacyjny Parlamentu. Oczywiście wszystkie rozporządzenia Prezydenta będą musiały przechodzić przez Izbę Sejmową. Sprawa kolejną, która odsłania wyższość systemu prezydenckiego jest odpowiedzialność polityczna ministrów.

Minister w systemie parlamentarno-gabinetowym jest zakładnikiem koalicji, która powołała rząd. Nie jest ważne co potrafi, ani też co zrobił - ważne jest do jakiej należy partii. Polemika wokół funduszy PHARE i owych utraconych przez Polskę pieniędzy, pokazują, że każda próba egzekwowania odpowiedzialności mogła by naruszyć równowagę koalicyjną. Minister, który zdaje sobie sprawę, że jest nieusuwalny, staje się bezkarny - a to, z kolei, stwarza potencjalnie bardzo groźną sytuację. System prezydencki eliminuje te zagrożenia.

W systemie prezydenckich chętnie wystartowałbym do wyborów. Ale czuję, że nie ma w kraju atmosfery dla wprowadzenia takiego systemu. Kraj, który wyszedł z totalitaryzmu źle toleruje silną władzę wykonawczą. Nie ma do niej zaufania i musi odreagować czasy komunistycznej dyktatury. Ja to rozumiem, choć trochę żałuję. Obawiam się, że kiedy ludzie będą już gotowi na przyjęcie systemu prezydenckiego, to nie będzie on już potrzebny. Bo tak w ogóle jestem za systemem parlamentarno-gabinetowym.