|
Świat jest pełen napięć;
ekonomicznych, politycznych i militarnych. Myślę
jednak, że najważniejszym napięciem, a jednocześnie
najmniej zauważanym jest to, miedzy globalnym
i lokalnym. Jesteśmy skazani - chcemy czy nie
chcemy - na globalizację polityki. O granice,
paszporty i wizy nie dba ekologia, czego Czarnobyl
był dobitnym i tragicznym dowodem. Nie zna też
ograniczeń ekonomia. Dziś firma ma siedzibę w
jednym kraju, produkuje w drugim na potrzeby trzeciego
zaś akcjonariusze są w czwartym kraju. Systemy
bankowe, giełdowe stworzyły światową sieć wzajemnych
powiązań i zależności. Granice zostały tez przekroczone
przez informację. Satelitarna telefonia i telewizja,
komórkowe telefony i dziecko ostatniego czasu:
internet - wszystko to zaważyło na fakcie, że
musimy myśleć globalnie, a (co najmniej) kontynentalnie.
Wyjątek stanowią politycy,
którzy zależni są od swego okręgu wyborczego.
Reelekcja polityka (a to zawsze jest jego celem)
zależy od jego lokalnego elektoratu. To jemu musi
się przypodchlebiać i podlizywać. Musi myśleć
globalnie, ale skazany jest na prowincjonalizm.
Gdy przyjrzymy się polskim trudnościom w wejściu
do struktur europejskich (i to i z polskiego i
z europejskiego końca), to zobaczymy jak ten prowincjonalizm
prześwituje spod kontynentalnych deklaracji. Podobnie
gdy potoczymy wzrokiem po polemikach na temat,
ile też w Polsce powinno być województw. Wszędzie
zobaczymy interes lokalny i polityków, którzy
próbują go dyskontować.
Wszystko jest pięknie,
ładnie gdy interes lokalny pokrywa się z globalnym.
Nie zawsze jednak się tak dzieje. Miedzy tym co
lokalne i tym co globalne najczęściej zieje przepaść.
Czasem głębokość tej przepaści daje się mierzyć
w kategoriach ekonomicznych - odmienne interesy.
Czasem w kategoriach intelektualnych - nie uświadamianie
sobie swego interesu. Czasem u podstaw tego leży
zła wola, czasem wola polityczna - co nie zawsze
na jedno wychodzi. Tragizm sytuacji polega jednak
na tym, że w przypadku różnic między tym, co lokalne
i globalne, politycy stają po stronie lokalności.
Idą na polityczne skróty, co wcale nie znaczy,
że zmierzają do celu.
Tak należy rozumieć niepokój
PSL-u i jego inicjatywę kontr uchwały do rezolucji
Bundestagu. Nasi ludowcy pilnie przerabiali w
szkole "Placówkę" i uzbrojeni w wiedzę
z przed stulecia biją na alarm. Niemcy wykupują
naszą polską ziemię - niesie się krzyk rozpaczy
i narodowej mobilizacji. Bez odpowiedzi pozostaje
jednak pytanie: po co mieli by ją wykupywać. Prezes
PSL pan Jarosław Kalinowski uważa zapewne, że
Hans Schmidt, rolnik z Palatynatu, nie marzy o
niczym innym, tylko aby orać i obsiewać naszą
polską ziemię, śni o tym, żeby jego pot skapywał
między Odrą a Bugiem. Uważa, że jego największym
marzeniem jest zostać prezesa Kalinowskiego sąsiadem
i jeszcze mu za ten niewątpliwy przywilej suto
zapłacić. Nasi ludowcy zjada się nie dostrzegać,
że w Europie młodzi ludzie uciekają ze wsi, że
produkcja rolna wymaga coraz większych i coraz
bardzie skomplikowanych inwestycji. Przecież to
samo dzieje się i u nas - dla naszych ludowców
jest to jednak tajemnicą. Straszą natomiast niemiecką
zachłannie wyciągniętą ręką. Trzeba mieć odrobinę
rozsądku. Niektórzy wierzą w duchy, niektórzy
je nawet wywołują, ale po co robić to w naszym
Sejmie.
PSL jest w ogóle partią
ciekawą szczególnie zawierając sojusz wyborczy
z Unią Pracy (jako trzeci mają dołączyć Emeryci).
Nosi to wszelkie znamiona tak zwanego "salonu
odrzuconych". Z drugiej strony jest to próba
reanimowania nieboszczyka "sojuszu robotniczo-chłopskiego",
którego nie tworzyli ani robotnicy, ani chłopi,
a tylko urzędnicy uzurpujący sobie reprezentację
tych warstw społecznych.
Tragiczna śmierć Marka
Papały zwróciła nasze oczy ku bezpieczeństwu kraju.
Jeżeli bandyci zabijają komendanta policji (nawet
byłego) to znaczy, że jest bardzo źle. Rozumiemy,
że śmierć może dotykać posterunkowych (to jest
zawód wysokiego ryzyka). Ale kiedy ginie generał
policji, to znaczy, że struktury przestępcze urosły
zbyt wysoko. To jest sygnał, że nasze państwo
nie jest już bezpieczne.
|