Archiwum

Felieton Lecha Wałęsy
"Rozważania o jubileuszach"

Skocz do:

 

Minęła 18 rocznica Porozumień Sierpniowych 1998 roku i z przykrością konstatuję, że ubywają ludzie, z którymi rozpoczynałem tę drogę. Nie chodzi mi nawet o tych, którzy wzięli inne legitymacje i przeszli pod inne sztandary - w końcu walczyliśmy też i o pluralizm. Chodzi mi o tych, którzy odchodzą "na drugą stronę tęczy". Ostatnio na wieczną placówkę odszedł ambasador Kazimierz Dziewanowski. Człowiek, ongiś, wielce mi bliski. Był on autorem przemówienia, które wygłaszałem przed połączonymi izbami Kongresu USA. Przemówienie nie było ani dobre, ani złe - wyjąwszy dwa pierwsze słowa. Długo żeśmy się zastanawiali, jak przekazać Amerykanom sygnał, że wszystko się u nas zmieniło. Sygnał czytelny i nie ubrany w wielosłowie. Kazimierz Dziewanowski wpadł na pomysł, żeby zacząć od słów: "My Naród" - są to pierwsze słowa Konstytucji USA. (W Stanach Zjednoczonych wszyscy znają Konstytucję czym różnią się od Polaków). Konstytucja ta była przecież pisana przez zbuntowanych kolonistów przeciw wielkiemu imperium. Walczyli oni o własną podmiotowość polityczną i poszukiwali nowych, demokratycznych źródeł władzy. Wszyscy zrozumieli, że stoi przed nimi elektryk, związkowiec, ale też i symbol zmian w Europie Środkowej. Rozległy się burzliwe brawa. Reszta przemówienia nie była już taka ważna, ważna była sytuacja komunikacyjna wywołana tymi dwoma słowami. Czasem dwa słowa są ważniejsze niż dwa tysiące. To, że zostały użyte zawdzięczam ś.p. Panu Kazimierzowi. Dodam, że tłumaczył ś.p. Jacek Kalabiński, który też niedawno odszedł. Tak się składa, że umierają dzisiaj ludzie, którzy nigdy przedtem nie umierali.

Sam nie brałem udziału w obchodach pod trzema krzyżami pod Stocznią. Chciałem tym zwrócić uwagę na sytuację mojego zakładu pracy. Moja nieobecność została zauważona, ale na zwracanie uwagi nikt nie zwrócił uwagi. Trudno jest przemawiać do ludzi, którzy wolą - na wszelki wypadek - nie słuchać. Zwracałem też uwagę dwa tygodnie temu (bo ja piszę co dwa tygodnie), że zwracałem uwagę cztery miesiące temu na sprawę oświęcimskiego krzyża. Dziś zwracam uwagę (dużo tego zwracania uwagi, ale co robić), że na jesieni wybuchnie sprawa konfliktu polsko-ukraińskiego w Przemyślu. Na rząd spadają chwilowo konsekwencje tych konfliktów - jego zadaniem jest jednak przewidywanie i rozwiązywanie nim nabrzmieją. Rządzić znaczy to mniej więcej tyle, co przewidywać, uprzedzać i rozwiązywać. Tu rząd nie staje na wysokości zadania - w tej mierze rząd nie staje w ogóle.

Wracam do sprawy wyborów. Pisałem o tym już wielokrotnie. Ordynacja wyborcza była pisana przez AWS i SLD. Inne ugrupowania nie mają w tych wyborach szans. SLD się nie dziwię, to zawsze był związek zawodowy pilnujący interesów swoich członków. Ale AWS szedł do wyborów parlamentarnych z hasłem o dzieleniu się władzą. Szczególnie władze samorządowe, te najniższych szczebli powinny pasować do lokalnych politycznych układów i lokalnej specyfiki. Będą jednak wykonywać polityczna wole centrali. Sam chciałem wystartować w wyborach na radnego, żeby pokazać jak ważna jest samorządność i zabieranie głosu w spawie swej najmniejszej ojczyzny, ale gdy dowiedziałem się, ze około 200 parlamentarzystów zamierza startować jako lokomotywy wyborcze odstąpiłem od swojego zamiaru.

Wystosowałem apel do Zarządów Wojewódzkich Chrześcijańskiej Demokracji III Rzeczypospolitej Polskiej aby szli do wyborów wedle swojego uznania. Jedni samodzielnie, inni w koalicjach, jeszcze inni mogą w ogóle odstąpić od tych wyborów. Wybory lokalne powinny jak najlepiej przylegać do lokalnych warunków. A warunki lokalne najlepiej znają działacze lokalni. Nawet ci z chadeków, którzy nie pójdą do wyborów powinni przećwiczyć prawybory wewnętrzne, wypraktykować procedury wyborcze. Partia ta bowiem nastawia się na wybory parlamentarne (o czym mówi od chwili powstania, od roku), a dzisiaj przygotowuje się do Kongresu. Kongres ten wybierze (już legalne) władze partii. Właściwie dopiero od tego momentu partia zacznie żyć.

Nieskromnie muszę zauważyć, że znowu stanąłem twarzą w twarz z pewnym jubileuszem - to już trzydziesty felieton na łamach "Wprost". Do tego jeszcze pod koniec miesiąca skończę pięćdziesiąt pięć lat. Jest się nad czym zadumać.