|
Odeszły od nas dwie kobiety.
Odeszły, a żegnały je miliony ludzi. Ludzi, którzy
stali wzdłuż tras konduktów. Specjaliści od masowej
kultury nie mogą wyjść z zadziwienia, że spektaklami
o największej oglądalności są pogrzeby. Jedna
odeszła od nas w aurze świętości, druga w atmosferze
skandalu. Jedna odnalazła odrzuciła pokusy świata,
aby pomagać biednym i tak realizować Ewangelię.
Druga odrzuciła najwspanialszą koronę współczesnego
świata, aby realizować własną osobowość. Miałem
przywilej poznać je obie. Tak różne charaktery,
tak odmienne sylwetki, tak inne drogi życia. I
te miliony żegnających je ze łzami w oczach. O
czym świadczą te łzy i te tłumy?
Dla mnie są one sygnałem,
że w dzisiejszych czasach ludzie poszukują autorytetów.
Że tęsknią za czymś, za kimś, z kim mogliby się
utożsamić, kogo mogliby uznać za wzór do naśladowania
Mało jest dziś ludzi, o których byśmy mogli, o
których byśmy chcieli, powiedzieć: chciałbym być
taki jak on/ona. Mamy posady, które chcielibyśmy
zająć, ale nie mamy ludzi, których chcielibyśmy
naśladować. Te tłumy towarzyszące ostatnim drogom
Matki Teresy i księżnej Diany świadczą - dla mnie
- o tym, że ludzie poszukują swego miejsca, że
tego miejsca nie potrafią znaleźć.
Kiedy przybywałem do
Paryża (na obchody związane z rocznicą Sierpnia)
w drodze z lotniska mijałem ruszająca z przed
Hotelu Ritz kolumnę czarnych limuzyn, która wiozła
Lady Di w jej ostatnią drogę. Czułem wówczas tylko
smutek i żal i nie domyślałem się jakie pytania
przed nami te śmierci postawią. Pytania o nasze
miejsce tu na tej ziemi i o wzory osobowe jakie
nam przyświecają.
Piszę to w przedwyborczy
piątek. Pojutrze wieczorem znane już będą wyniki
parlamentarnych zmagań. Czym są wybory do Sejmu
i Senatu jak nie poszukiwaniem przez Naród swego
miejsca, poszukiwaniem swego oblicza, próbą odgadnięcia
własnej twarzy. Wyniki, jakie będą, wiem już dzisiaj.
No, mogę się mylić w "granicy błędu"
(tak jakby można się było mylić w jakiejś innej
granicy) - kilka procent w tą, kilka w drugą.
Na wynik ostateczny nie będzie to miało wpływu.
Nie jestem natomiast w stanie ocenić i wycenić
należycie frekwencji - tego "głosowania nogami".
A jest to czynnik niesłychanej wagi, czynnik nie
do przecenienia. Bo jeżeli w wyborach będzie brało
udział 55%, to znaczy tyle, że wybraliśmy o 45%
gorszą, głupszą i mniej sprawną pierwszą władzę.
Bo wtedy jest ona dobra, gdy dobrze odzwierciedla
społeczne preferencje i podziały. A to zależy
od wielu czynników. Na przykład od pogody. Pogoda
zdecydowanych w domu nie utrzyma i na polityczne
oblicze przyszłych Izb nie ma wpływu. Może jednak
powstrzymać niezdecydowanych i mieć wpływ na społeczne
zakotwiczenie Parlamentu, na jego "prawomocność"
(używam tego słowa w cudzysłowie i znaczeniu nie
jakościowym, ale ilościowym).
Dziś - gdy to czytacie,
nie gdy to pisałem - już wiecie, że same wybory
były igraszką w porównaniu z zadaniem sformowania
rządu i zbudowania mu mocnego sejmowego zaplecza.
Widzicie także jak wynik osiągnięty przez Unię
Wolności różni się od jej ostatniego sondażu i
jak ważką rolę będzie odgrywać w tak skonstruowanym
Parlamencie. Widzicie Państwo, że jeżeli chodzi
o powoływanie partii, to zostałem wywołany do
odpowiedzi, jestem w przymusowej sytuacji. Nie
powiem nic więcej, bo głoszenie przeterminowanych
proroctw (czytacie to w trzy dni po wyborach)
przypomina mi moją zrzędliwą ciotkę, która w każdej
sytuacji musiała wtrącić swoje: a nie mówiłam?
Odpowiadałem zawsze: a pytał kto?
|